Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Homilia na 40-lecie parafii Gwizdów

wygłoszona Ks. Bp. Mariana Rojka w dniu-28.08.2011

 

 

 

Ks. Bp. Marian Rojek homiliaZ pewnością znamy takie osoby, które w jed­nym momencie są zdolne zachwycić się innym człowiekiem, jakąś sprawą lub konkretnym dziełem, do tego stopnia, że pozostawiają wszystko w swym życiu, aby realizować właśnie to, czym zostali zauroczeni. Podziwiam takich ludzi, gdyż mnie zwykle przed podobną decyzją powstrzymuje wiele pytań, czasem wątpliwości a nawet już pierwsze pojawiające się trudności. Muszę sprawę przemyśleć, właściwie ją rozeznać, zanim zdecyduję się na działanie, potrzebuję czasu. Boża Matko Pocieszenia proszę, pomóż mi ufać Bogu, tak jak Ty zawierzyłaś. Od pierwszego momentu spotkania z Aniołem Gabrielem, podjęłaś natychmiast Jego propozycję, aby zgodzić się na Boże macierzyństwo.

 

 

Coś z owego entuzjazmu, tej przysłowiowej „pierwszej miłości", pielęgnowanej przez waszą Patronkę, Maryję Pocieszycielkę, musiało być w sercach i umysłach osób tu mieszkających, które 40 lat temu, po utworzeniu nowej parafii Gwizdów z miejscowości: Gwizdów, Biedaczów, częściowo Giedlarowa i Wólka Grodziska - Pasieki, pod przewodnictwem niestrudzonego swego pasterza, ks. Kanonika Szymona Nosala, rozpoczęły dzieło budowy kościoła. Rozpaleni tym pragnieniem nie zniechęcili się trudnościami przy stawianiu murowanej świątyni, choć ze względu na sprzeciw komunistycznych władz, zapoczątkowano całe przedsięwzięcie od drewnianej kaplicy.

 

Jak wielka musiała to być miłość i zaangażowanie, ogrom pracy, poświęcenie, niech świadczy to, iż już w 10 miesięcy od rozpoczęcia prac, przy tak wielkim wyrzeczeniu parafian, wybudowany kościół został poświęcony, przez ks. Bp. Tadeusza Błaszkiewicza. Dzisiaj, przywołując również 20 rocznicę konsekracji tej świątyni dokonanej przez ks. Bp. Stefana Moskwę, wydaje się to wprost niemożliwe. W takich, nad miarę trudnych warunkach, przy obecnie niełatwych do uwierzenia szykanach, jednak ówcześnie bardzo bolesnych, ale z tamtym entuzjazmem wiernych i księdza proboszcza, z tym pokrzepieniem, jakiego dostarczała ciągle łaska umocnienia ze strony Maryi Pocieszycielki, dzieło zostało zrealizowane.

 

Dokonało się to przez, nazwałbym tych parafian „Bożymi szaleńcami", oni poszli zdecydowanie i do końca, za tą myślą i pragnieniem: „chcemy mieć naszą parafialną świątynię". I nic, żadna trudność, nie były w stanie zatrzymać ich w dopełnieniu tego dzieła. Oto dzisiaj świętujemy, jak byśmy to w małżeńskim życiu nazwali, „rubinowy" jubileusz istnienia tej parafialnej wspólnoty, cieszącej się swoim Bożym Domem, łącząc go z odpustem Bożej Matki Pocieszenia.

 

Tu się gromadzicie na waszą modlitwę, tak jak pierwotny Kościół Jezusa Chrystusa. W każdą niedzielę, ale i w tygodniu, uczestniczycie w łamaniu eucharystycznego chleba i słuchaniu Bożego słowa. Oraz poprzez poszczególne święte sakramenty: chrzest, Najświętszy Sakrament, pokutę, bierzmowanie, namaszczenie chorych, małżeństwo, niektórzy również przez służebne kapłaństwo, a także maryjną pobożność, obecną w tej wspólnocie hojnie korzystacie ze skarbca Bożej łaski na codziennych drogach waszego uświęcania się i realizacji i osobistego powołania.

 

Jak się dobrze wsłuchamy w słowa dzisiejszej mateuszowej Ewangelii, to zauważymy, iż takim człowiekiem, który pozostaje pod wpływem owego zadziwienia kimś innym, ogarnięty entuzjazmem wobec Chrystusem, jest św. Piotr Apostoł. Po osobistym przekonaniu się, że Jezus z Nazaretu, to oczekiwany Mesjasz, było dla niego czymś oczywistym, iż od Mistrza nigdy nie odejdzie. Chrystus jest przyszłością Piotra.

 

Ale właśnie Jezus jest tym, który na krótką chwilę woła „stop", to nie tak, Piotrze „nie myślisz o tym co Boże, ale o tym co ludzkie" (Mt 16, 23). Na­turalnie, że Chrystus chce, aby jak najwięcej osób szło Jego drogą, ale nie bezmyślnie, w chwili jakiegoś zauroczenia czy zachwytu. Ponieważ tacy ludzie, którzy podążają za osobami lub sprawami bez zastanowienia, w momencie, gdy pojawią się trudności, zwykle zaczynają narzekać i ostatecznie się nie sprawdzają.

 

Mówią tak, „gdybym o tym wiedział, że to takie trudne, iż tu trzeba pracować, wymagać od siebie, dosłownie zapierać się samego siebie i brać na ramiona swój krzyż, a często i krzyż, chorobę, własnej żony lub męża, niedomagania lub oczekiwania wspólnoty, wobec której się posługuje przez jakąś społeczną funkcję i władzę, albo na drodze powoła­nia w życiu zakonnym czy też w sakramentalnym kapłaństwie, to bym się na to nie zdecydował". Jeżeli myślicie, że w waszej wspólnocie parafialnej nie ma takich pokus, to się możecie pomylić. Dlatego wyraźniej wołajmy o maryjne pocieszenie dla wiernych tej parafii, aby zbyt łatwo nie rezygnowali z duchowych ideałów.

 

Dla Jezusa było czymś oczywistym, że w naśladowaniu Jego drogi, trudności będą. Do tego nie potrzeba żadnego daru proroctwa. Pewnym było, iż starsi i kapłani narodu żydowskiego oraz uczeni w Piśmie będą próbowali na różne sposoby, zmusić Jezusa do milczenia, aby już nie nauczał. Ale dla Jego uczniów nie było to, takie jasne, gdyż oni według własnych wyobrażeń widzieli w Jezusie Mesjasza, kogoś ponadludzkiego i wszechmocnego.

 

My też nieustannie uciekamy w tę pokusę, iż nasz Pan, Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg i Syn Człowieczy, zawsze i w każdej chwili, do swoich wiernych wyznawców, którzy przez chrzest św. zostali włączeni we wspólnotę Jego Kościoła, przychodzi jako Zmartwychwstały, jedynie w chwale swego Niebieskiego Ojca, ze swymi aniołami, bez tajemnicy krzyża, bez oznak ran na swoich przebitych dłoniach i stopach, bez śladów biczowania, koronowania, poniżenia i ludzkiego upokorzenia.

 

I tej iluzji chciał Jezus swoich Apostołów pozbawić. Kto jest Jego uczniem, ten musi się zdecydowanie liczyć z obecnością krzyża w swoim życiu. Dlatego, że przyznając się do Chrystusa, będzie przez innych ludzi prześladowany, oskarżany i na krzyżu powieszony - dosłownie i w przenośni. Dla ucznia Jezusa jest to tylko kwestia czasu.

 

Dlaczego więc dziwimy się temu, że również nas, współcześnie, za wiarę w Chrystusa i przynależność do Jego Kościoła, obwiniają o wszystko co się da, nawet przypisują nam największe nonsensy. Wystarczy, że ktoś popełni zbrodnię, grzeszny czyn, postąpi zdradziecko i z Chrystusem oraz Jego Kościołem od dziesięcioleci nie ma nic wspólnego, to jednak zaraz zaczną krzyczeć w mediach, iż przecież był u pierwszej Komunii św. a tak się zachował.

 

Wspólnota Chrystusowego Kościoła musi nie tylko żyć świadomością trudnej i wymagającej miłości wobec Boga i bliźniego, pozwalać się nieść mocą duchowej tradycji, opierać swoje moralne działanie na czystym sumieniu, liczyć na wstawiennictwo Maryi, świętych i patronów, ale również winna dostrzegać trudną do zrozumienia przez ten świat mądrość krzyża.

 

Jezus oczekuje naszego poważnego zdecydowania. Każdy powinien wiedzieć, o co chodzi w tym ziemskim życiu. On nie przyciąga do siebie ludzi nadzwyczajnymi ofertami czy super promocjami. Żyjemy w mentalności ciągłego korzystania z czegoś na próbę: zanim zamówimy abonament czasopisma, albo zakupimy pakiet telewizji kablowej, to najpierw otrzymujemy go przez jakiś czas za darmo, bez żadnych zobowiązań. Możemy tak kosztować rzeczy, przyjemności, ba nawet relacje ludzkie, jak np. przyjaźń czy też małżeństwo albo rodzicielstwo.

 

Wszystkiego spróbować, ale tylko bez zobowiązań, bez konsekwencji, z przywilejem pozostawienia na stole nadgryzionego tortu, bo mi już nie smakuje, np. małżeństwo z tobą. Zaspokoiłem swoje cielesne zmysły, ale poczęte podczas tych rozkoszy dziecko jest dla mnie przeszkodą do wolności, czyli wybór: albo ono albo ja. Nie odpowiada mi ojcostwo a więc szukam nowej miłostki, zaskoczyło mnie macierzyństwo, więc niech dzieckiem zajmie się babcia. Czy to nie jest dewiza ludzkiego życia, obecnie tak powszechnie promowana?

 

Jezus daje wyraźnie do zrozumienia, że w odniesieniu do Niego to nie jest możliwe. Jego drogi nie można wybrać na próbę, albo się Jemu powierzamy i idziemy z Jezusem, albo pozostajemy poza Jego Kościołem. I gdy ktoś znajduje się na zewnątrz, gdyż uważa, że Chrystusowe zasady, Boże przykazania, są zbyt wymagające, albo jeszcze nie ma odwagi by wejść na tę drogę życia - tak jak bogaty młodzieniec, o którym wspomina św. Mateusz (Mt 19,16-26) w dalszym fragmencie swej ewangelii - ten nie jest automatycznie przez Jezusa przekreślony, odrzucony czy potępiony, choć nie korzysta z duchowych owoców parafialnej wspólnoty, z którą się nie utożsamia. To znaczy krzyczy, wówczas przeważnie do telewizji, iż ma prawo z niej wszystko otrzymywać, bo jest ochrzczony, ale nic nie mówi o tym, iż dla jej budowy, istnienia, właściwego funkcjonowania nie przykłada nawet małego palca.

 

Miłość Jezusa do ludzi nie jest zależna od buntu i sprzeciwu człowieka. On kocha każdego, bez uprzedzeń. Ale do owoców tej miłości, do zrozumienia owej Bożej tajemnicy w moim życiu doczesnym a potem przez całą wieczność, iż tylko to kochanie -jak mówi prorok Jeremiasz uwiedzenie - jest prawdziwe, autentyczne i nigdy nie zawiedzie, potrzebna do tego jest pieczęć gotowości krzyża, poniesienia ofiary dla ciebie, stawania się codziennym pośmiewiskiem ze względu na Chrystusa obecnego w drugim człowieku, dla obrony Bożego prawa do życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci. Każdy, kto idzie za Jezusową prawdą, ten musi się liczyć z krzyżem, ale mimo tego, tylko taka droga jest prawdziwa, gdzie miłość potwierdzona jest świadectwem cierpienia. Czyż nie dostrzegamy tego dokładnie na przykładzie życia Bożej Matki? Wszystko inne przynosi w efekcie utratę sensu naszej codzienności. Tego doświadcza namacalnie każdy z nas.

 

Panicznie i odruchowo uciekamy przed cierpieniem. Nikt zdrowy go nie szuka i nie pragnie. Również Jezus leczył choroby i uśmierzał bóle oraz strapienia, tych, którzy za Nim szli. Ale było też cierpienie, wobec którego Jezus był bezsilny, zadane przez świadomy i wolny wybór złego człowieka, aż po dramat krzyża. Jednak Chrystus nie sprzeniewierzył się temu, czego się podjął, mimo lęków z Ogrójca i bólu krzyżowej drogi.

 

To również dzieje się i w naszym przypadku, możemy zaprzeć się i publicznie wyprzeć godności Chrystusowego ucznia. A to ma swoje konsekwencje nawet w drobnych sytuacjach naszego życia: zobaczcie chociażby jak wygląda nasz post od mięsnych posiłków w zwykłe piątki, niekonieczne zakupy towarów w otwartych marketach w niedzielę, szlachetność naszego języka. Jeżeli jednak chcemy być wiernymi uczniami Chrystusa, to równocześnie musimy już uprzedzająco w naszym sercu płacić cenę, do której zostaniemy zobowiązani, gdy przyjdzie na nas krzyż. Nie jest powiedziane, że on przyjdzie, ale musimy się z tym liczyć.

 

Dlatego w dniu jubileuszu 40-lecia istnienia waszej parafii, i odpustu Matki Bożej Pocieszenia, drodzy Bracia i Siostry gwizdowskiej wspólnoty, proszę was przez miłosierdzie Boże, słowami dzisiaj usłyszanego Listu do Rzymian. Bądźcie - jak Maryja - gotowi do składania świętej ofiary w waszym życiu. Nie bierzcie ślepo wzorów z tego świata, ale przemieniajcie wasze patrzenie na ten świat, zawsze rozpoznając, jaka jest Boża wola i co jest z nią zgodne. Uświęcajcie się w tym, co jest dobre i doskonałe. Amen